Zamiatacze

1-1

Rozdział #1 - Wyprawa po zapasy (część 1)

9 września 2518 - Dystrykt 5

 Jake wszedł do kabiny oczyszczającej. Po wielu godzinach badań w końcu mógł wyjść z laboratoriów i spojrzeć na obóz Quen. Otworzyły się rozsuwane drzwi i mężczyzna zobaczył to, na co tyle czekał. Obóz na pierwszy rzut oka wydawał się zadbany. Wielu ludzi krzątało się we wszystkie strony. Większość budynków znajdujących się w tym dystrykcie było całych. Jake zauważył tylko kilka całkowicie zrujnowanych, których nie dało się odbudować. Cały dystrykt otaczał 3 metrowy mur zakończony drutem kolczastym. Żołnierze patrolowali teren za nim. Jake popatrzył na legitymację, którą mu wręczono i na mapę obozu. Miał się skierować do miejsca przebywania burmistrza, która leżała niedaleko laboratorium. Skręcił w prawo i jego oczom ukazał się budynek wyglądem przypominający kościół. Spojrzał na mapę, aby upewnić się, że to właściwe miejsce. Na to wyglądało, więc wolnym krokiem poszedł do siedziby burmistrza. Gdy był już przy wielkich drewnianych drzwiach te otworzyły się ukazując niskiego, brodatego mężczyznę w czarnej szacie.
- Ja do burmistrza - burknął Jake.

 Nieznajomy gestem zaprosił go do środka i szczelnie zamknął za nim drzwi. Wnętrze świątyni istotnie wyglądało jak w kościele, z wyjątkiem niektórych szczegółów. Wszystkie ławy były poustawiane pod ścianami a na środku stał stolik i kilka krzeseł.  Miejscowy wskazał palcem na stół, nie odzywając się nawet słowem. Jake nie mając większego wyboru podszedł do niego i usiadł na jednym z drewnianych krzeseł. Gdy to zrobił usłyszał skrzypienie a chwilę potem na przeciw niego siedział mężczyzna w czerwonej szacie. Był bardzo blady i chudy, nie wyglądał także na zbyt gościnnego. Wyciągnął rękę. Jake nie wiedział, o co mu chodzi, więc popatrzył tylko pytająco.
- Karta - rzekł obcy ze zniecierpliwieniem.
Gdy dostał to, o co prosił oglądał kartę przez dłuższy czas po czym rzekł:
- Muszę ci zadać kilka pytań.
- Proszę bardzo
- Co wiesz o katastrofie?
- Nic, obudziłem się dzisiaj w zniszczonym szpitalu, nie pamiętam niczego z mojej przeszłości.
- Wiesz jak się nazywasz?
- Nie, wiem tylko, że pańscy ludzie przydzielili mi imię Jake.
- Dobrze, będziesz pracował jako hoarder. Twoim zadaniem będzie wybieranie się z grupą po zapasy, gdy będzie to niezbędne. Możesz iść, znajdź w obozie Glenna, on zapewni ci zakwaterowanie i opowie trochę o ogólnej sytuacji.

 Jake nie mówiąc nic wstał i wyszedł z kościoła myśląc nad tym, co przed chwilą usłyszał. "Gdzie może być ten Glenn?" myślał spacerując po dystrykcie. Nie musiał szukać długo. Zaraz po jego wyjściu ktoś podbiegł do niego.
- Pan Jake? - zapytał
- Tak, chyba tak.
- Jestem Hager, jestem pomocnikiem Glenna
- Wspaniale - odpowiedział niedbale Jake - zaprowadzisz mnie do niego?
- Tak, właśnie po to tu jestem. Proszę za mną
Przez następne parę minut szli w ciszy. Gdy ich oczom ukazał się otwarty garaż w którym ktoś widocznie miał warsztat Hager zawołał:
- To tutaj proszę Pana, tutaj mieszka Glenn
Podbiegł do garażu i zapukał w ścianę.
- Kto to? - krzyknął ktoś z wnętrza
- To ja Glenn! Hager! Przyprowadziłem nowego!
- Znakomicie, poczekajcie na mnie! Zaraz będę!
Jake nie zdążył poznać Glenna. Chwilę po tym jak podeszli do garażu usłyszeli krzyki. Jak się okazało biegła w jego strona grupka ludzi, wszyscy byli ubrani jak żołnierze.
- Ej! Ty! Jesteś hoarderem?
- Tak.
- Więc idziesz z nami! Potrzebujemy leków z miasta.
- Ale...
- Żadnych "ale", idziesz z nami! Ruchy!

This website was created for free with Stronygratis.pl. Would you also like to have your own website?
Sign up for free